Jak zdobywano Dziki Zachód
24 kwietnia VII piętro przeobraziło się na chwilę w rozległą, tajemniczą prerię, a stołówka – w indiańską wioskę.
Najpierw grupa dzielnych wojowników przygotowała sobie barwne pióropusze, wymalowała na twarzach wojenne barwy, by stoczyć pierwszy w swym życiu pojedynek, w którym należało wykazać się refleksem, ale też spostrzegawczością i cierpliwością. Ponieważ mieszkańcy VII piętra są zaprawieni w bojach, a wytrwałości im nie brak – pojedynki zakończyły się remisem, a po trudnych zmaganiach wszyscy wypalili fajkę pokoju.
Później wspaniali indiańscy wojowie, wzmocnieni pokojowymi hasłami, wypowiedzianymi podczas przekazywania sobie fajki oraz wspierani przez dobre duchy w postaci mam, tatusiów i babć, przystąpili do wspólnej pracy nad przygotowaniem strzegącego ich totemu i budową wigwamów. Wzajemna pomoc pozwoliła w miarę szybko uporać się z tymi zadaniami. Można już było przejść do kolejnego, niezwykle ważnego, wyboru niecodziennego zwierzątka, które będzie umilało czas, ale też pomagało w różnych domowych pracach. W tym celu wszyscy udali się do sklepu zoologicznego, by zdecydować, jaki dziwny zwierzak będzie dla każdego najbardziej odpowiednim. Tymczasem, za sprawą czarów dobrego, mądrego szamana, w zwierzyniec zamieniły się niektóre mamy. Bardzo dzielnie i przekonywująco prezentowały umiejętności kuromotyla, kwakolenia, myszokreta, muczoląga, pająkoosy i innych zwierzaków. Każde dziecko dokonało wyboru i z nowym przyjacielem wróciło do wioski.
Dziki Zachód to nie tylko zabawa i przyjemne chwile. Niekiedy zdarzają się momenty budzące grozę. Tak się stało kolejnego dnia. Wojowników zaniepokoiły jakieś dziwne odgłosy. Po cichutku wyruszyli na zwiad, często zatrzymując się i nasłuchując. Szczęśliwie okazało się, że alarm był fałszywy, a niezwykłe dźwięki wydaje po prostu budzący się do życia świat przyrody, m.in. rodzina misiów, która nie niepokojona oddaliła się, szukając smacznych kąsków na niedźwiedzie śniadanie. Uspokojeni Indianie postanowili też zadbać o swoje brzuchy i ruszyli nad jezioro, w którym pływało wiele kolorowych ryb. Złowienie ich wymagało cierpliwości i wytrwałości, ale – jak wiadomo – dzieciom z VII piętra nie brakuje tych cech, więc bez problemu uporały się z ostatnim zadaniem. Potem mogły już spokojnie wrócić do swoich najbliższych, obdarowani przez szamana i jego pomocników ciekawymi książeczkami.
Po zabawie w stołówce radosny pochód wojowników ruszył triumfalnie do sal, by każdy dzielny wojownik mógł przymierzyć niezwykłe nakrycia głowy i spojrzeć prosto w oczy groźnej bestii, która błyskała, pstrykała, a po paru dniach wyrzuciła ze swego wnętrza radosne podobizny wszystkich dzieci. Oczywiście były też upominki, bo szaman nigdy nie zapomina o tych, o których losy się troszczy i dla których czaruje.